Jedna chwila, jeden rzut wolny i jeden finał, który mógł przejść do historii w zupełnie inny sposób. 16 czerwca 1996 roku w Warszawie GKS Bełchatów – absolutny beniaminek Ekstraklasy, który zaledwie kilka dni wcześniej w dramatycznych okolicznościach wywalczył utrzymanie – stanął do walki o Puchar Polski, niosąc w sobie jeszcze świeże emocje ligowego cudu i zmęczenie sezonem na granicy wytrzymałości. Naprzeciw czekał Ruch Chorzów, a finał 42. edycji długo trzymał w napięciu, balansując na granicy dogrywki i… spełnienia marzeń. Przez 87 minut wszystko było możliwe – aż do jednego stałego fragmentu gry, który zatrzymał pucharowy sen „Brunatnych” i przesądził o losach spotkania. Dziś, trzy dekady później, tamten finał pozostaje opowieścią o drużynie, która w ciągu kilku dni przeszła drogę od ligowego survivalu do walki o trofeum – i była o krok od zapisania jednej z najpiękniejszych kart w historii klubu.
DALEKA DROGA DO WARSZAWY
Do rywalizacji o Puchar Polski GKS Bełchatów przystępował jako absolutny beniaminek ówczesnej I ligi (dzisiejszej Ekstraklasy). Początek sezonu 1995/96 nie należał jednak do udanych. „Brunatni” mieli za sobą trzy ligowe porażki: 3:4 z Górnikiem Zabrze, 0:1 z ŁKS Łódź oraz 0:2 z Olimpią/Lechią Gdańsk. Funkcję szkoleniowca nadal pełnił Władysław Łach, choć wkrótce miał go zastąpić człowiek, który na trwałe zapisał się w historii bełchatowskiego klubu – Krzysztof Pawlak.
Swoją przygodę z „Pucharem Tysiąca Drużyn” bełchatowianie rozpoczęli od II rundy, w której zmierzyli się z trzecioligowym Dolcanem Ząbki. Gospodarze wywalczyli awans do rozgrywek centralnych dzięki zdobyciu Okręgowego Pucharu Polski, a w I rundzie wyeliminowali Mławiankę Mława, wygrywając 1:0. 23 sierpnia 1995 roku na kameralnym stadionie w Ząbkach biało-zielono-czarni odnieśli swoje pierwsze zwycięstwo w sezonie 1995/96. Po bramkach Roberta Górskiego i Artura Lamcha pokonali miejscowych 2:0, pewnie meldując się w kolejnej rundzie.
W 1/32 finału los skojarzył GKS z drugoligowym Górnikiem Konin. Zespół rywali prowadził były selekcjoner reprezentacji Polski Wojciech Łazarek, a między słupkami stał Jarosław Krupski, który 1,5 roku później został bramkarzem i kapitanem „Brunatnych”. Spotkanie rozegrane 13 września 1995 roku w Koninie było niezwykle wyrównane i do wyłonienia zwycięzcy potrzebna była dogrywka. Decydujący cios zadał w 103. minucie debiutujący w barwach GKS-u Dariusz Marciniak, zdobywając jedyną bramkę meczu. Były reprezentant Polski trafił do Bełchatowa z francuskiego FC Gueugnon. Co ciekawe, w narodowych barwach rozegrał pięć spotkań właśnie pod wodzą Wojciecha Łazarka.
Kolejnym przystankiem na pucharowej trasie był Płock. W meczu 1/16 finału bełchatowianie zmierzyli się z Petrochemią, świeżo zdegradowaną z Ekstraklasy. Również tym razem okazali się lepsi. Po trafieniach Roberta Górskiego i Zbigniewa Grzesiaka zwyciężyli 2:0, potwierdzając, że ich pucharowy marsz nie jest dziełem przypadku.
22 listopada 1995 roku przyszła pora na starcie 1/8 finału z innym beniaminkiem I ligi – Siarką Tarnobrzeg. Kilka dni wcześniej GKS wywalczył pierwszy wyjazdowy punkt w lidze, remisując 1:1 z Pogonią Szczecin. Nie byłoby w tym nic szczególnego, gdyby nie fakt, że był to już siedemnasty ligowy mecz sezonu i jednocześnie ósme wyjazdowe spotkanie „Brunatnych”.
Przed pucharowym pojedynkiem gospodarze głośno zapowiadali rewanż za dotkliwą porażkę w lidze (0:4), jakiej doznali wcześniej w Bełchatowie. Boiskowa rzeczywistość szybko zweryfikowała te deklaracje. Podopieczni Krzysztofa Pawlaka rozegrali jedno z najlepszych spotkań w drugim półroczu 1995 roku i w imponującym stylu wywalczyli awans do ćwierćfinału.
Już w 4. minucie wynik otworzył Dariusz Rzeźniczek, który wykorzystał świetne podanie Górskiego niemal z linii końcowej. Gospodarze zdołali wprawdzie doprowadzić do wyrównania, ale w 34. minucie GKS ponownie objął prowadzenie. Po znakomitym podaniu Dariusza Durdy Jacek Berensztajn (na zdjęciu) sprytnym strzałem nad wychodzącym bramkarzem zdobył drugą bramkę dla gości.

22-letni wówczas reprezentant młodzieżowej kadry Polski był bezsprzecznie bohaterem tego spotkania. Potwierdził to w 71. minucie, gdy po kolejnej składnej akcji i podaniu Górskiego podwyższył wynik na 3:1. Cztery minuty później Dariusz Rzeźniczek skompletował dublet, skutecznie finalizując akcję po zagraniu Janusza Prucheńskiego i strzale sprzed pola karnego. Przy stanie 4:1 losy awansu były już praktycznie rozstrzygnięte. W końcówce oba zespoły dorzuciły jeszcze po jednym trafieniu. Dla GKS-u na listę strzelców wpisał się wprowadzony z ławki Krzysztof Kukulski. Ostatecznie „Brunatni” zwyciężyli 5:2, efektownie kończąc piłkarską jesień 1995 roku i stawiając kolejny krok na drodze do największego pucharowego sukcesu w historii klubu.
WIOSENNA BATALIA NA DWA FRONTY
Po długim i intensywnym okresie zimowych przygotowań podopieczni Krzysztofa Pawlaka przystępowali do rundy rewanżowej sezonu 1995/96 jako ostatni zespół I ligi. Na koncie mieli zaledwie dziewięć punktów, a ich sytuacja w tabeli była niezwykle trudna. W Bełchatowie nikt jednak nie zamierzał składać broni. Priorytetem pozostawała walka o utrzymanie w najwyższej klasie rozgrywkowej, a pucharowe zmagania schodziły wówczas na dalszy plan. Mimo to zawodnicy i sztab szkoleniowy doskonale zdawali sobie sprawę, że ćwierćfinał Pucharu Polski jest szansą na zapisanie się w historii klubu.
10 kwietnia 1996 roku na stadionie przy ul. Sportowej 3 rozegrano pierwszy od lat ćwierćfinał Pucharu Polski z udziałem GKS-u Bełchatów. Gospodarze przystępowali do tego spotkania w dobrych nastrojach. Kilka dni wcześniej odnieśli niezwykle cenne wyjazdowe zwycięstwo nad Amicą Wronki (2:1), wysyłając jasny sygnał piłkarskiej Polsce, że nie zamierzają rezygnować ani z walki o utrzymanie w elicie, ani z marzeń o dalszej pucharowej przygodzie.
Początek meczu z drugoligowcem okazał się jednak dla bełchatowian wyjątkowo bolesny. Już w 10. minucie Szombierki objęły prowadzenie za sprawą Daniela Galucha, który z bliskiej odległości pokonał Zbigniewa Millera. Stracona bramka wyraźnie podrażniła „Brunatnych”, którzy natychmiast ruszyli do odrabiania strat. Mimo optycznej przewagi i częstszego utrzymywania się przy piłce długo brakowało im jednak konkretów pod bramką rywali. Jak relacjonował później „Przegląd Sportowy”: Kilka strzałów było niecelnych, kilka zostało bardzo dobrze zablokowanych, mieliśmy też przypadki tak zwanego „szukania nogi”, kiedy piłkarze Bełchatowa nie mogli trafić w futbolówkę. W efekcie do przerwy utrzymał się niespodziewany wynik 0:1.
Po zmianie stron obraz gry uległ jednak diametralnej zmianie. GKS przejął pełną kontrolę nad wydarzeniami na boisku i coraz śmielej atakował bramkę gości. Wyrównanie przyszło w 57. minucie. Akcję rozpoczął aktywny Robert Rogan, który chwilę wcześniej sam był bliski zdobycia gola po strzale głową. Tym razem jego groźne dośrodkowanie w pole karne zakończyło się niefortunną interwencją kapitana Szombierek Janusza Kluge. Obrońca gości skierował piłkę do własnej siatki, dając gospodarzom upragnione wyrównanie. Zdobyta bramka wyraźnie uskrzydliła „Brunatnych”. Z kolei w szeregach bytomian dało się zauważyć coraz większą niepewność. Zaledwie pięć minut później stadion eksplodował po raz drugi. Dariusz Durda popisał się efektownym uderzeniem z półwoleja, nie dając bramkarzowi Ambrosiewiczowi żadnych szans na skuteczną interwencję.
GKS nie zamierzał na tym poprzestać. Na niespełna kwadrans przed końcem spotkania losy awansu praktycznie zostały rozstrzygnięte. Wprowadzony chwilę wcześniej z ławki rezerwowych Marek Trzebny wykorzystał dokładne podanie Roberta Górskiego i pewnym strzałem ustalił wynik meczu na 3:1.
Dzięki temu zwycięstwu górnicy znaleźli się w gronie czterech drużyn, które pozostały w walce o trofeum. Obok GKS-u Bełchatów były to: Widzew Łódź, Ruch Chorzów oraz trzecioligowa Pogoń Oleśnica. Losowanie par półfinałowych nie okazało się dla bełchatowian łaskawe – ich rywalem został kroczący po mistrzostwo Polski Widzew Łódź.
Zanim jednak doszło do półfinałowego starcia przy S3, GKS przeżywał prawdziwą huśtawkę nastrojów. W 27. kolejce I ligi „Brunatni” zostali rozbici w Łodzi przez… Widzew aż 0:5. Następnie pechowo przegrali u siebie z broniącą tytułu mistrzowskiego Legią Warszawa 0:1 – ćwierćfinalistą Ligi Mistrzów. Później przyszło jednak przełamanie i seria trzech ligowych zwycięstw: 4:3 ze Stalą Mielec, 2:1 z Lechem Poznań oraz 1:0 z Zagłębiem Lubin. Mimo dobrej passy kluczowy, jak się wówczas wydawało, mecz o utrzymanie z Sokołem Tychy zakończył się jedynie bezbramkowym remisem.
– Przystępując do meczu z 95-procentowym mistrzem Polski sezonu 1995/96, Widzewem Łódź, już osiągnęliśmy największy sukces w historii bełchatowskiej piłki nożnej, awansując do półfinału Pucharu Polski – mówił przed spotkaniem trener Krzysztof Pawlak. – Znając klasę przeciwnika, nie możemy pójść na „wymianę ciosów”. Musimy zagrać ostrożnie w defensywie i szukać swoich szans w kontratakach. Pod względem umiejętności piłkarskich nasz potencjał jest zdecydowanie mniejszy. Widzew ma zbyt wiele atutów, które możemy zniwelować jedynie maksymalnym zaangażowaniem i determinacją. Jeśli uda się wyzwolić u moich zawodników sportową złość, łatwo się nie poddamy.
Co ciekawe, GKS miał za sobą już pięć pucharowych spotkań, podczas gdy Widzew rozegrał zaledwie trzy. Mimo to zarówno eksperci, jak i prasa nie mieli wątpliwości, kto jest faworytem półfinału zaplanowanego na 29 maja w Bełchatowie.
Choć był to środek tygodnia, stadion wypełnił się do ostatniego miejsca. Na trybunach zasiadło około siedmiu tysięcy widzów. Wśród nich znaleźli się również… reprezentanci Polski powołani na towarzyski mecz z Rosją, którzy przed wyjazdem do Moskwy stacjonowali w bełchatowskim Sport Hotelu.

Lepiej spotkanie rozpoczęli goście. Już w 4. minucie Marek Koniarek, obchodzący tego dnia 34. urodziny, mógł dać Widzewowi prowadzenie. Solenizant nie zdołał jednak skierować piłki do siatki. Później coraz śmielej poczynali sobie gospodarze. Najpierw z dystansu uderzał Berensztajn, a następnie głową próbował Prucheński. Najlepszą okazję GKS stworzył sobie w 19. minucie. Janusz Prucheński wykorzystał błąd obrońców Widzewa, uprzedził Tomasza Łapińskiego i przejął zbyt lekko zagraną piłkę. Minął reprezentacyjnego stopera i znalazł się sam na sam z Andrzejem Woźniakiem, lecz zbyt długo zwlekał ze strzałem i bramkarz gości wyszedł z tego pojedynku zwycięsko.
Łodzianie odpowiedzieli próbami Andrieja Michalczuka z 29. minuty i Ryszarda Czerwca jedenaście minut później, jednak w obu przypadkach zabrakło precyzji. Gdy wydawało się, że pierwsza połowa zakończy się bezbramkowym remisem, gospodarze zadali cios. W doliczonym czasie gry Dariusz Rzeźniczek przeprowadził dynamiczną akcję, a Janusz Prucheński efektownym strzałem w prawy górny róg pokonał bezradnego Woźniaka. Stadion eksplodował z radości.
Radość kibiców nie trwała jednak długo. Tuż po przerwie wyrównał Sławomir Gula – były zawodnik GKS-u, który jeszcze jesienią 1995 roku występował w bełchatowskim klubie. Wprowadzony na boisko za kontuzjowanego Łapińskiego defensor Widzewa wykorzystał swoją okazję i doprowadził do remisu. W 53. minucie problemy zdrowotne dopadły także Andrzeja Woźniaka. Między słupkami zastąpił go rezerwowy bramkarz Tomasz Muchiński.
Kiedy wszystko wskazywało na to, że o losach awansu zadecyduje dogrywka, nadeszła 90. minuta. Robert Górski przechwycił piłkę, minął Marka Bajora i ruszył samotnie w kierunku bramki. Obrońca Widzewa, nie widząc innego wyjścia, sfaulował napastnika GKS-u, a sędzia Tomasz Mikulski z Lublina bez chwili wahania wskazał na jedenasty metr. Ciężar odpowiedzialności wziął na siebie Jacek Berensztajn. Lider „Brunatnych” zachował zimną krew i pewnym strzałem pokonał Muchińskiego, zdobywając gola, który przeszedł do historii bełchatowskiego klubu. GKS Bełchatów sensacyjnie wyeliminował przyszłego mistrza Polski i awansował do finału Pucharu Polski!
– Mecz był godny półfinału. Osiągnęliśmy największy sukces w historii klubu, za co serdecznie dziękuję wszystkim zawodnikom. – mówił po końcowym gwizdku szczęśliwy trener Krzysztof Pawlak.
Piłkarzy GKS-u żegnały owacje na stojąco. Komplet publiczności długo nie opuszczał trybun, świętując historyczny sukces swojej drużyny. Wśród oklaskujących byli także reprezentanci Polski wraz z selekcjonerem Antonim Piechniczkiem, którzy z wysokości trybuny honorowej stali się świadkami jednego z najważniejszych wieczorów w dziejach bełchatowskiej piłki.
FINAŁ W OBECNOŚCI PREZYDENTA
Bełchatowianie nie mogli pozwolić sobie na komfortowe przygotowania do finału Pucharu Polski. Jeszcze cztery dni przed decydującym starciem z Ruchem Chorzów toczyli bowiem dramatyczny bój z Pogonią Szczecin o utrzymanie w Ekstraklasie. Ostatecznie „Brunatni” wyszli z tej rywalizacji zwycięsko, pokonując szczecinian 2:1, jednak krótki czas na regenerację i przygotowanie do drugiego – po Pogoni – najważniejszego meczu sezonu okazał się poważnym wyzwaniem. Co więcej, drużyna GKS-u udała się do Warszawy dopiero w dniu spotkania, wyjeżdżając około godziny 12:00.
W zupełnie odmiennej sytuacji znajdował się drugi finalista – Ruch Chorzów. „Niebiescy” już kilka tygodni wcześniej zapewnili sobie awans do Ekstraklasy, dzięki czemu mogli w pełni skoncentrować się na walce o krajowy puchar. Tydzień poprzedzający finał spędzili na zgrupowaniu w Rudach Raciborskich, gdzie w spokoju przygotowywali się do decydującej konfrontacji z bełchatowianami. Wszystko podporządkowano jednemu celowi – jak najlepszemu przygotowaniu zespołu do finału.
– Nam będącym w euforii z racji utrzymania się w lidze po meczu z Pogonią, zabrakło chyba koncentracji w tygodniu poprzedzającym finał Pucharu Polski. W tej radości z utrzymania, nie zauważyliśmy chyba rozluźnienia, które wkradło się do zespołu. Wydawało się, że po wygranym meczu z Pogonią, rywalizacja z Ruchem pójdzie dosyć gładko. – mówił po latach Jacek Berensztajn, w rozmowie z portalem GKS.net.pl. – Po meczu z Pogonią dostaliśmy kilka dni wolnego, aby ochłonąć po emocjach związanych z walką o utrzymanie. Przed finałem odbyliśmy właściwie tylko lekki piątkowy rozruch. Dziś uważam, że był to błąd. Powinniśmy wyjechać na zamknięte zgrupowanie w okolice Warszawy i całkowicie skupić się na przygotowaniach do finału. Niestety, jako klub nie wykorzystaliśmy tego momentu. – wspomina po latach Robert Rogan, jeden z uczestników tamtego finału, obecnie trener PGE GiEK GKS-u Bełchatów.
Przygotowania samego wydarzenia od strony organizacyjnej były jak na tamte czasy bardzo zaawansowane. Do Warszawy autokarami podstawionymi przez kopalnię udała się grupa ponad ośmiuset kibiców z Bełchatowa, którzy chcieli być świadkami największego w historii sukcesu klubu. Miał on nastąpić po ostatnim gwizdku Michała Listkiewicza, który tym spotkaniem kończył swoją sędziowską karierę. Za drużynę trzymali kciuki niemal wszyscy mieszkańcy naszego miasta. Tłumy zgromadziły się przed telebimem ustawionym na Placu Narutowicza, a tylko nieliczni śledzili transmisję meczu na antenie Canal+. Dwa kluby, dwie zupełnie różne historie, ale jeden wspólny cel – sięgnąć po trofeum i zapewnić sobie występ w Pucharze Zdobywców Pucharów.
Oprawa meczu była podniosła. Według różnych źródeł na trybunach stadionu przy ul. Konwiktorskiej zgromadziło się tego dnia około 8-10 tysięcy widzów. Wśród nich m.in. wiele sław życia sportu i kultury. Czas oczekiwania na pierwszy gwizdek umilały m.in. zespoły jazzu tradycyjnego oraz orkiestra Marynarki Wojennej. Mecz odbywał się w Warszawie, obchodzącej wtedy 400-lecie stołeczności. Zanim sędzia Listkiewicz gwizdnął po raz pierwszy, kapitanowie obu drużyn, Sylwester Szkudlarek z GKS-u i Mirosław Jaworski z Ruchu, przedstawili urzędującemu Prezydentowi RP, Aleksandrowi Kwaśniewskiemu (na zdjęciu) swoich kolegów z zespołu. Punktualnie o godzinie 16:30 rozpoczęła się bitwa.

„ZADECYDOWAŁO KOLANO BERENSZTAJNA”
Bełchatowianie rozpoczęli mecz z wyraźnym respektem wobec rywala, który szybciej złapał właściwy rytm gry. Na nierównej murawie boiska przy Konwiktorskiej najlepiej odnalazł się chyba Janusz Prucheński, ustawiony nietypowo dla siebie w środku pola. Były piłkarz warszawskiej Polonii próbował nie tylko rozgrywać piłkę, ale przede wszystkim uprzykrzać życie liderowi Ruch – Dariuszowi Gęsiorowi.
Spotkanie nie porywało. W pierwszej połowie brakowało klarownych sytuacji, choć swoje szanse zmarnowali m.in. Krzysztof Kukulski po stronie GKS-u i Mirosław Bąk w barwach Ruchu. Stojący między słupkami bełchatowskiej bramki Zbigniew Miller, pozostawał niepokonany, notując choćby efektowną interwencję w 13. minucie. Dopisało mu też szczęście – jak przy strzale Mirosława Mosóra, po którym piłka trafiła w poprzeczkę, a dobitka Gęsiora w… Roberta Rogana. Po drugiej stronie Piotr Lech również nie był nadmiernie absorbowany grą.
Zespół trenera Pawlaka oddał inicjatywę chorzowianom, szukając swoich szans w kontratakach. W 29. minucie niewiele zabrakło, by Prucheński wykorzystał dogranie Dariusza Rzeźniczka – opanowanie piłki na 15. metrze dałoby mu sytuację sam na sam. W dalszej fazie meczu to jednak GKS zaczął częściej dochodzić do głosu. Najlepszą okazję zmarnował w 58. minucie Robert Górski, który znalazł się sam przed bramkarzem Ruchu, ale z bliska nie trafił w światło bramki. Chwilę później równie dobrą sytuację zaprzepaścił Jacek Berensztajn, uderzając głową po rzucie rożnym tuż obok słupka.

Przez długi czas utrzymywał się bezbramkowy remis. Wyraźnie zmęczeni bełchatowianie – dodatkowo obciążeni środowym meczem z Pogonią – starali się dotrwać przynajmniej do dogrywki. Bardziej wypoczęci chorzowianie ruszyli jednak do zdecydowanych ataków i dopięli swego w regulaminowym czasie gry. W 86. minucie sędzia Listkiewicz podyktował rzut wolny dla Ruchu. Do piłki podszedł Gęsior i uderzeniem z około 25 metrów, które przedarło się przez źle ustawiony mur – odbijając od Berensztajna, całkowicie zmyliło bezradnego Millera.
GKS rzucił się jeszcze do odrabiania strat, lecz strzał wprowadzonego w końcówce Marka Nowickiego minął bramkę. Po chwili gwizdek arbitra wybrzmiał po raz ostatni i z trzeciego w historii tryumfu mogli cieszyć się piłkarze z Chorzowa. Był on podwójny, ponieważ najlepszym strzelcem rozgrywek, z dorobkiem siedmiu trafień, został snajper „Niebieskich” Mariusz Śrutwa. Po raz pierwszy w dziejach trofeum wręczał Prezydent RP, a okazały puchar do góry wznosili gracze Ruchu. Bełchatowianie za swój występ w finałowym pojedynku zebrali słowa pochwały, a dla niespełna 19-letniego wówczas klubu sam udział w finale tych rozgrywek, był ogromnym osiągnięciem.
– Szkoda, że Górski w drugiej połowie strzelił (z siedmiu metrów!) obok słupka. Niektórzy moi zawodnicy nie dorośli jeszcze do gry w meczach tej rangi. Jeśli tworzymy mur, to każdy powinien stać w nim jak skała. Szkoda, że po utrzymaniu się w lidze zabrakło nam kropki nad i. Byłoby cudownie. – mówił na gorąco po meczu szkoleniowiec biało-zielono-czarnych, Krzysztof Pawlak.
– Taki jest sport. Tym razem byliśmy o jedną bramkę gorsi. Ruch w pierwszej połowie przeważał, ale po przerwie gra się wyrównała, my również stworzyliśmy dogodne sytuacje. Robert Górski zaprzepaścił nawet dwustuprocentową okazję – był sam przed bramkarzem, a później takie pudła się mszczą. – podzielił się swoją opinią z dziennikarzem „Przeglądu Sportowego” Janusz Prucheński (na zdjęciu).

– Mecz, trzeba przyznać, nie stał na najwyższym poziomie, ale przyniósł wiele dramatycznych momentów. Szkoda, że kiepska jakość płyty powodowała sporo przypadkowych zagrań. Pomyślne rozstrzygnięcie batalii o utrzymanie się w I lidze trochę odprężyło zawodników. Euforia ze środy jakby przeniosła się na niedzielne spotkanie. Ponadto wyczerpująca walka ligowa dała także znać o sobie. – komentował dzień po meczu na łamach katowickiego „Sportu” trener GKS-u, Krzysztof Pawlak. – Wiadomo było, że wygra w tym meczu drużyna, która pierwsza zdobędzie bramkę. – dodał trener Ruchu, Jerzy Wyrobek, który niespełna rok później objął… GKS Bełchatów.
„Zadecydowało kolano Berensztajna” – brzmiał tytuł obszernej relacji meczowej opublikowanej w łódzkim dzienniku „Wiadomości Dnia”, przygotowanej przez red. Bogusława Kukucia. – Nie spełnił się sen ambitnego prezesa GKS Bełchatów Zdzisława Drobniewskiego, by uratować ekstraklasę, pożegnać trenera Krzysztofa Pawlaka, obejmującego funkcję asystenta selekcjonera kadry narodowej zdobyciem Pucharu Polski i przywieźć ze stolicy do Bełchatowa przepustkę do Europy, czyli prawo gry w Pucharze Zdobywców Pucharów. A nie brakowało dużo, by wszystko się spełniło. – można było przeczytać w podsumowaniu relacji.
– W meczu z Pogonią zdobyłem zwycięską bramkę w końcówce spotkania, zaś w spotkaniu z Ruchem piłka po moim rykoszecie zmyliła Zbyszka Millera i wpadła do bramki. Stosunek więc wyszedł na zero. Życie piłkarskie raz daje, a raz zabiera i z tym się trzeba liczyć. – komentował po latach w jednym z wywiadów popularny „Berek”.
Jak wspominał po latach obrońca „Brunatnych”, Artur Lamch: – Finał z Ruchem był meczem, w którym o wyniku decydował jeden gol. Kto pierwszy strzelił, ten wygrywał. Gdyby dziś zapytać Dariusza Gęsiora, pewnie by to potwierdził. Decydowało piłkarskie szczęście. Nam go wtedy zabrakło. Pomimo tamtej porażki, my i tak czuliśmy się jakbyśmy dotknęli nieba, ponieważ pamiętajmy, że parę dni wcześniej utrzymaliśmy się w Ekstraklasie. Tych emocji, tych wspomnień nikt nam już nie zabierze. One są dziś więcej warte niż pieniądze. – spuentował.
– Z rąk prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego otrzymałem medal za udział w meczu finałowym Pucharu Polski. Byłem z siebie dumny, że mogłem występować jako zawodowy piłkarz w takim meczu. – wspominał z kolei z satysfakcją etatowy zmiennik w drużynie GKS-u, Marek Trzebny.
Ruch Chorzów – GKS Bełchatów 1:0 (0:0)
1-0 Dariusz Gęsior 87 min.
Ruch Chorzów: Piotr Lech – Dariusz Fornalak, Zbigniew Grzesik (86. Bogdan Pieniążek), Marcin Baszczyński, Mirosław Jaworski – Piotr Rowicki, Dariusz Gęsior, Witold Wawrzyczek (72. Adam Katolik), Mirosław Mosór – Mariusz Śrutwa, Mirosław Bąk.
Trener: Jerzy Wyrobek
GKS Bełchatów: Zbigniew Miller – Artur Lamch, Wadim Rogowskoj, Sylwester Szkudlarek, Janusz Prucheński – Robert Rogan, Grzegorz Cheda (88. Marek Nowicki), Jacek Berensztajn, Dariusz Rzeźniczek – Krzysztof Kukulski, Robert Górski (65. Marek Trzebny).
Trener: Krzysztof Pawlak
Żółte kartki: Rowicki – Trzebny
Sędzia: Michał Listkiewicz
Widzów: ok. 8000
Tekst przygotował i z większością uczestników tamtych wydarzeń rozmawiał Damian Agatowski. Zdjęcia pochodzą z klubowego archiwum.

Trzy lata po pierwszym finale krajowego pucharu GKS Bełchatów znów stanął przed historyczną szansą, choć realia były zupełnie inne niż wcześniej. Biało-zielono-czarni przystępowali do walki o trofeum nie jako zespół Ekstraklasy, lecz drużyna świeżo po bolesnym spadku, próbująca podnieść się po tym ciosie i zmierzyć z obrońcą tytułu – Amicą Wronki. Opowieść o drodze „Brunatnych” do finału z 1999 roku możecie przeczytać TUTAJ.
___________________________
Sponsorem Strategicznym GKS Bełchatów jest PGE Górnictwo i Energetyka Konwencjonalna S.A.